wtorek, 6 października 2020

POLA I CAŁA SZTUKA

Słońce staje w portalu, pozwala się przez chwilę podziwiać, a potem spada na łeb na szyję, jak jakaś gwiazda. Świat długo czekał i zdrewniał, więc kiedy się o nie nieśmiało ociera - sypią się iskry. Pola wstrzymuje oddech, cicho, jak najciszej wkłada głowę w zaświat. Gdyby tak się udało wejść w ten gasnący w oczach spektakl, coś zatrzymać, coś utrwalić. Cała sztuka to znieruchomieć i czekać na niedorzeczne szczęście.


 

czwartek, 1 października 2020

POLA I KUFER

Pola ma stary kufer. Czasami, zwłaszcza jesienią, lubi się nad tym kufrem jakoś tak niebezpiecznie nisko pochylić. Jego zawartość jest jak życie Poli: żadnych wielkich skarbów, Bóg wie jakich uniesień. Same drobne elementy: żółta dynia na płocie, niebieska kałuża, czerwona plama na okładce książki, zielona sukienka. I byłoby kolorowo, zwyczajnie i prawdziwie, gdyby nie kleiły się do tych zbiorów wszechobecne cząsteczki brudu: drobne lęki, małe irytacje, krótkie żale, rozczarowania. Łatwo je przepędzić, wystarczy byle podmuch, piórko, byle ścierka. Jeśli jednak Pola na chwilę traci czujność, kiedy im pozwala na nieskrępowane harce – osypują się i zbijają na dnie w pokłady istnych demonów. Już się tam zagnieżdżają, w najciemniejszej czerni, apatia z agresją, depresja, rozgoryczenie. Jeśli się zbyt głęboko nad nimi pochylić, można się zapaść i nie wyściubić nosa aż do śmierci. Tak więc Pola dmucha i wymachuje ścierką, z każdą jesienią, z coraz mniejszym zapałem. Przecież w końcu i tak nadejdzie czas kurzu, który ostatecznie przykryje wszystko. Zniknie pod nim Pola ze swoim kufrem, każda muzealna gablotka i my wszyscy. Nie jesteśmy aż tak ważni.

 


środa, 2 września 2020

STACJA

Sączymy wino, mówimy o ptakach: tamte odleciały, te nadal się lęgną, wyfruwają przedwcześnie i drżą na drutach. Tymczasem lato łagodnie przechodzi w jesień, jaskrawość w purpurę, słodycz w cierpkość, rozmowa w pulsowanie gwiazd. O tej porze prawdziwe wydaje się tylko nocne niebo, w które wpatrujemy się z uporem, żeby wreszcie zobaczyć to, co wszyscy już widzieli. Jest! Stacja - owo drżące światło, które na nitce grawitacji, z zachodu na wschód okrąża ziemię. Astronauci w podróży marzeń, wybrańcy samego NASA. Może – wpatrzeni w iluminatory – jak wszyscy ludzie rozmyślają o domu. Może – wzorem zwyczajnych podróżnych – przysypiają z policzkiem przytulonym do szyby. I może właśnie to nas łączy: uwięzieni w rozpędzonej kapsule drżymy jak tamto światło – z zimna i samotności.



niedziela, 9 sierpnia 2020

OCZY ZIELONE W CZASACH PANDEMII

 Z tych nerwów od samego rana grzeszę: posiałam zagon sałaty zimowej, umyłam wszystkie podłogi, ukręciłam koktajl z buraków (a nie, tego się nie liczy, bo jak się robi, co zaślubiony w kościele mąż każe, to nawet w niedzielę nie grzech). Nic nie pomaga, żadne sielskie odgłosy, żaden kombajn od zawietrznej, żadna msza za stodołą, żaden dzięcioł, chałwa - nic nie działa, po prostu nic! No bo kurde, proszę Państwa, wczoraj wieczorem, podczas mycia zębów, włączył mi się przez przypadek drugi kanał telewizji polskiej. Przypomniało mi się wprawdzie, że jestem jedną z tych nielicznych fujar, które płacą abonament, ale to jeszcze nie o to chodzi. Nie mogłam nic zrobić, bo mi zginął pilot. Znalazł się rano w szklaneczce z pastą i szczotką, więc też nie o to chodzi. Chodzi o to, co usłyszałam i zobaczyłam, w sobotę wieczorem, w publicznej telewizji, zanim wyciągnęłam wtyczkę z gniazdka. No, kurwa, co to było?!



wtorek, 21 lipca 2020

ZOOM

Kołysze się na gałązce, kołysze ptaszek - straszek. Spogląda na mnie z wyrzutem. Ma krwistoczerwone, lepkie plamy na dziobie, bo przed chwilą się dorwał do ostatnich wiśni. Anektuje drzewko bez jednego ćwir. Ma mocny argument: wiecznie głodne pisklę. Trudno oprzeć się czemuś, co dopiero się lęgnie, nie ma jeszcze zapachu, a tęczówki jego oczu zmieniają barwę z każdym drgnięciem powiek. We własnym oknie czuję się jak intruz. Powoli, dyskretnie sięgam po aparat – to jedyny dostępny sposób na zbliżenie. Wstrzymuję oddech, naciskam palcami, wsuwam paznokieć, opuszek, palce, dłoń. Cały respekt, całą tę godność mam gdzieś. A potem obraz znika. To przez ten drgający odrobinę nadgarstek.

poniedziałek, 13 lipca 2020

GOOGLE

Wszędzie pola. Szczere pola, rzucone jak karty na poplamione obrusy historii. Rozdrapane przez brony, wymiecione przez hulaszcze wiatry, z surowym graffiti, wyrytym na ich twarzach przez wyszczerbione pługi. Może to odpowiednie miejsce, może najwyższy czas, żeby się wreszcie opowiedzieć. Jednak brak ci słów, dość przenikliwych, wystarczająco łagodnych. I wtedy natykasz się na wiersz. Druk jest drobny. W zaciszu pokoju płyną proste słowa. Ktoś mówi tak, jak byś chciał, lecz nie umiesz. Mówi do ciebie, w twoim imieniu, w jakimś nowym, niezużytym języku, którym i ty mógłbyś się posłużyć. To przejmujące doświadczenie dla kogoś, kto przywykł do samotności.