Pola ma stary kufer. Czasami, zwłaszcza jesienią, lubi się nad tym kufrem
jakoś tak niebezpiecznie nisko pochylić. Jego zawartość jest jak życie Poli: żadnych wielkich skarbów, Bóg wie jakich uniesień. Same drobne
elementy: żółta dynia na płocie, niebieska kałuża, czerwona plama na
okładce książki, zielona sukienka. I byłoby kolorowo, zwyczajnie i
prawdziwie, gdyby nie kleiły się do tych zbiorów wszechobecne cząsteczki
brudu: drobne lęki, małe irytacje, krótkie żale, rozczarowania. Łatwo
je przepędzić, wystarczy byle podmuch, piórko, byle ścierka. Jeśli
jednak Pola na chwilę traci czujność, kiedy im pozwala na nieskrępowane
harce – osypują się i zbijają na dnie w pokłady istnych demonów. Już
się tam zagnieżdżają, w najciemniejszej czerni, apatia z agresją,
depresja, rozgoryczenie. Jeśli się zbyt głęboko nad nimi pochylić, można
się zapaść i nie wyściubić nosa aż do śmierci. Tak więc Pola dmucha i
wymachuje ścierką, z każdą jesienią, z coraz mniejszym zapałem. Przecież
w końcu i tak nadejdzie czas kurzu, który ostatecznie przykryje
wszystko. Zniknie pod nim Pola ze swoim kufrem, każda muzealna gablotka
i my wszyscy. Nie jesteśmy aż tak ważni.
