środa, 2 września 2020

STACJA

Sączymy wino, mówimy o ptakach: tamte odleciały, te nadal się lęgną, wyfruwają przedwcześnie i drżą na drutach. Tymczasem lato łagodnie przechodzi w jesień, jaskrawość w purpurę, słodycz w cierpkość, rozmowa w pulsowanie gwiazd. O tej porze prawdziwe wydaje się tylko nocne niebo, w które wpatrujemy się z uporem, żeby wreszcie zobaczyć to, co wszyscy już widzieli. Jest! Stacja - owo drżące światło, które na nitce grawitacji, z zachodu na wschód okrąża ziemię. Astronauci w podróży marzeń, wybrańcy samego NASA. Może – wpatrzeni w iluminatory – jak wszyscy ludzie rozmyślają o domu. Może – wzorem zwyczajnych podróżnych – przysypiają z policzkiem przytulonym do szyby. I może właśnie to nas łączy: uwięzieni w rozpędzonej kapsule drżymy jak tamto światło – z zimna i samotności.



niedziela, 9 sierpnia 2020

OCZY ZIELONE W CZASACH PANDEMII

 Z tych nerwów od samego rana grzeszę: posiałam zagon sałaty zimowej, umyłam wszystkie podłogi, ukręciłam koktajl z buraków (a nie, tego się nie liczy, bo jak się robi, co zaślubiony w kościele mąż każe, to nawet w niedzielę nie grzech). Nic nie pomaga, żadne sielskie odgłosy, żaden kombajn od zawietrznej, żadna msza za stodołą, żaden dzięcioł, chałwa - nic nie działa, po prostu nic! No bo kurde, proszę Państwa, wczoraj wieczorem, podczas mycia zębów, włączył mi się przez przypadek drugi kanał telewizji polskiej. Przypomniało mi się wprawdzie, że jestem jedną z tych nielicznych fujar, które płacą abonament, ale to jeszcze nie o to chodzi. Nie mogłam nic zrobić, bo mi zginął pilot. Znalazł się rano w szklaneczce z pastą i szczotką, więc też nie o to chodzi. Chodzi o to, co usłyszałam i zobaczyłam, w sobotę wieczorem, w publicznej telewizji, zanim wyciągnęłam wtyczkę z gniazdka. No, kurwa, co to było?!



wtorek, 21 lipca 2020

ZOOM

Kołysze się na gałązce, kołysze ptaszek - straszek. Spogląda na mnie z wyrzutem. Ma krwistoczerwone, lepkie plamy na dziobie, bo przed chwilą się dorwał do ostatnich wiśni. Anektuje drzewko bez jednego ćwir. Ma mocny argument: wiecznie głodne pisklę. Trudno oprzeć się czemuś, co dopiero się lęgnie, nie ma jeszcze zapachu, a tęczówki jego oczu zmieniają barwę z każdym drgnięciem powiek. We własnym oknie czuję się jak intruz. Powoli, dyskretnie sięgam po aparat – to jedyny dostępny sposób na zbliżenie. Wstrzymuję oddech, naciskam palcami, wsuwam paznokieć, opuszek, palce, dłoń. Cały respekt, całą tę godność mam gdzieś. A potem obraz znika. To przez ten drgający odrobinę nadgarstek.

poniedziałek, 13 lipca 2020

GOOGLE

Wszędzie pola. Szczere pola, rzucone jak karty na poplamione obrusy historii. Rozdrapane przez brony, wymiecione przez hulaszcze wiatry, z surowym graffiti, wyrytym na ich twarzach przez wyszczerbione pługi. Może to odpowiednie miejsce, może najwyższy czas, żeby się wreszcie opowiedzieć. Jednak brak ci słów, dość przenikliwych, wystarczająco łagodnych. I wtedy natykasz się na wiersz. Druk jest drobny. W zaciszu pokoju płyną proste słowa. Ktoś mówi tak, jak byś chciał, lecz nie umiesz. Mówi do ciebie, w twoim imieniu, w jakimś nowym, niezużytym języku, którym i ty mógłbyś się posłużyć. To przejmujące doświadczenie dla kogoś, kto przywykł do samotności.

wtorek, 23 czerwca 2020

Z MIEDZY

Mokra ziemia, po deszczu. Żadnych muszek, pyłków, pająków, nic nie wiruje, niczego nie przesłania, nie zaciemnia. Jeszcze można przyjrzeć się tym polom, przez które prowadzi ścieżka do siebie. Zawsze toczyło się tędy jakieś życie: purpurowe wieczory, koła chłopskich furmanek, rozsypane ziemniaki, nawóz, ziarno. W trzydziestym dziewiątym przetoczył się front. A po wojnie przetoczyła się tędy biała kula ognia. Moi rodzice ją widzieli. Mówili że to fosfor i że tak się przepala przelana krew. Pora jest późna, ale jeszcze można się oddalić. W rozpiętej koszuli, w zakurzonych gumiakach, wejść między żyto a owies, kukurydziane zagony. Spod chmur wciąż bije taki blask, że trzeba zamknąć oczy.

czwartek, 11 czerwca 2020

BURZA

Esy floresy abrakadabra. Manifestacja ciemnej strony nieba: stal, rdza, kilka groźnych pomruków i biblijny potop w skali mikro. Więcej nie pamiętam. Budzi mnie gołąb, kiwająca na mnie z okna wiotka gałązka świtu. Teraz mogę się wygrzebać, wyłuskać, wydostać. Jeszcze tylko łyk kawy, pszczeli taniec w cienistym pokoju. Trzeba się spieszyć, zdążyć, jest późno, najwyższy czas. Wchodzę w mgłę, już rozproszoną, niepewną. Wystarczy lekki oddech, by wprawić ją w panikę. W mgłę wygrzebują się zwierzęta: pancerne jaszczurki, kolorowe ślimaki podobne do cukierków. Słyszę chrzęst miażdżonych przez szczęki muszelek. Poza tym cisza. Nie ma słów, nic się nie wydarza. No właśnie: co mogłoby się wydarzyć?