Biel i biel. Niebo z ziemią w komżach i habitach,
tymczasowość i wieczność zastawiają sidła.
Wstydliwe epizody, lęki, winy, zgrzyty,
muszą zostać w ukryciu, nie mogą się wydać.
Tak łatwo wchodzi w szybę wskazujący palec,
i rozgniata robactwo po zewnętrznej stronie;
dla porządku - a może z lęku, kim się staniesz
gdy dostrzeżesz, co lęgnie się w twej własnej dłoni.
Bo tego widoku odzobaczyć się nie da,
będzie grubieć, odrastać, na wygonach się paść.
Spakujesz lornetkę? Będziesz gnać po bezdrożach
szurając buciorami, klnąc wyboje i czas,
butne ciała, uczucia zbudowane na słowach,
puch i puch. Nic z tego nie zostaje. Nic z nas.
Ufff, nasmarowałam wierszyk w 5 minut a teraz go poprawiam i poprawiam.
OdpowiedzUsuń