Ojciec i stryjowie cierpieli na pewną dokuczliwą wadę genetyczną, uniemożliwiającą im przyjmowanie niektórych popularnych leków. Na przykład: bez względu na stopień cierpienia, nie mogli się zmusić do leczenia kaca klinem. Wyjątek stanowił pewien przyszywany wujek Benek, którego dostawaliśmy czasami w pakiecie, wraz z ukochaną ciotką Benią. Benek kurował się bez obrzydzenia, nie zważając na skutki uboczne kolejnych dawek leku. I było coś smutnego w tym jego samotnym piciu i nienaturalnej, krzykliwej wesołości, której tego dnia już nie było z kim dzielić. I w ożywieniu ciotki Beni, która czuła jeszcze większy smutek, bo - jako żona Benka, kobieta i wyłączna opiekunka domowego ogniska - czuła się niejako przyczyną tego smutku, więc próbowała się weselić i rozweselać innych, i czasem nawet się udawało. Tymczasem stryjowie, skazani na wiejską aromatoterapię i homeopatyczne właściwości kompotu z mirabelek, dosyć wolno odzyskiwali wigor. Marzyło im się jakieś lewe zwolnienie lekarskie, jakieś niespodziewane święto państwowe, albo dzień żałoby narodowej - cokolwiek, co by im dało jeszcze jeden dzień na łonie wsi spokojnej, wsi wesołej. Niestety, nie było na kogo liczyć, chyba tylko na zmiłowanie pańskie: w siódmy dzień tygodnia wiecznie nienasycony doktor Mazurek nie przyjmował pacjentów, wiecznie spragniony towarzysz Breżniew nie opuszczał Moskwy, a wiecznie żywy Włodzimierz Lenin nie zmieniał kondycji w swoim Mauzoleum. Budujemy betonowy nowy dom - przywoływał wujów do rzeczywistości bezlitosny kołchoźnik. Po takim profesjonalnym, muzycznym przygotowaniu, każdy prawdziwy obywatel powinien sprężyć się, wyprężyć, zająć przydzielone mu w nakazie pracy, stosowne stanowisko, a następnie wyrobić dwieście procent normy w najbliższym, a może i w kolejnym planie pięcioletnim. Tyle, że nie wszyscy wiedzieli, od czego by tu zacząć. A najtrudniej było podnieść tyłek z krzesła i założyć buty. Później było już z górki. C.d.n. (może)
wtorek, 21 grudnia 2021
niedziela, 19 grudnia 2021
PROMIENIE UV
Perspektywa powrotu gości do domu kładła się cierniem na całym niedzielnym przedpołudniu. Stryjowie po ciężkiej nocy cierpieli na bóle głowy, ciotki nie wykazywały ani krzty empatii, wręcz przeciwnie - wyrażały żal, że mężowie nie cierpią na dyskomfort także w bardziej newralgicznych częściach ciała. Nikomu nie chciało się wyjeżdżać. Warszawa da się lubić - przypominał śpiewny głos, płynący z kołchoźnika, zamontowanego obok okna w naszej kuchni, podobnie jak w każdej, a choćby i najbardziej kurnej chacie w okolicy. Cel przedsięwzięcia "kołchoźniki do chałup" był nad wyraz szlachetny: wlewanie w krnąbrne ludzkie serca trzech podstawowych cnót obywatelskich: miłości do ludowej ojczyzny, nadziei na przyznanie towarzyszowi Wiesławowi oratorskiej nagrody Nobla, oraz wiary w wizjonerską nieomylność mężczyzn w ciemnych garniturach. I przypomnijmy młodszemu pokoleniu, że nie chodziło tu o kosmitów. Ani tym bardziej o czarne anioły, albowiem zarówno Anioły, jak i wszelkie Lucyfery, były w tamtych czasach bytami mocno podejrzanymi: schorowanymi i przyczajonymi w swych ciemnych czeluściach, skąd w zdrową tkankę ludu pracującego, siało się zgorszenie i trąd. Opiekuńcze państwo nie szczędziło sił i środków na profilaktyczne prześwietlenia. Wykryte guzy i raki leczono śpiewem. Utwory sumiennie rejestrowano i skrzętnie magazynowano w kartonowych teczkach, opatrzonych mniej lub bardziej trafnym pseudonimem artystycznym i czerwoną pieczęcią SB. Niektórzy nasi goście mieli taki teczki. Ich kartki szeleściły w świadomości dorosłych członków rodziny, a atramentowy pył osadzał się nieubłaganie w świadomości dzieci. Opublikowana po latach, kontrowersyjna lista Wildsteina nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem. C.d.n. (może)
sobota, 18 grudnia 2021
KOŁA W RUCH
Na przystanku już czekał na spóźnionych podróżnych dumny, niecierpliwy pekaes, z dumnym i zniecierpliwionym kierowcą za kółkiem. No chyba że tego dnia w roli pana kierowcy występował Romanek. Ów mistrz kierownicy nigdy nie czekał - posiadał spieszący się zegarek. Ponadto cierpiał na przypadłość popadania w swoisty rezonans: nie było pociągu - Romanek siedział za konsolą i leniwie palił sporta, gdy tylko pociąg pojawiał się na horyzoncie - Romanek zapalał silnik, ogłaszał odjazd i niespiesznie ruszał, serwując cholernym warszawiakom odrobinę folkloru, pod postacią dodatkowej przebieżki po kocich łbach. W końcu odjeżdżał, na tyle powoli, aby zdyszani amatorzy podróży zdążyli obejrzeć czerwone, mrugające wesoło światła stopu, znikające w kurzu szosy lub w innej szarej mgle. A jak się coś któremuś z cholernych warszawiaków nie podobało, zawsze mógł wsiąść w czerwony autobus, który po ulicach jego miasta mknie, tak czy nie? Zmiennik Romanka, Marianek, nie posiadał zegarka, miał za to w bród ułańskiej fantazji. Bardzo chętnie używał drążka skrzyni biegów, chętnie szarpał pojazdem raz w przód, a raz w tył - z dobroci serca oczywiście. Tłumek w przejściu między siedzeniami elegancko się ugniatał, robiąc więcej miejsca dla nowych pasażerów. Ponadto Marianek, wzorowo odgrywając rolę pana kierowcy, troszczył się o komfort ściśniętych jak śledzie w beczce, miejscowych podróżnych. Z tej to przyczyny zabierał z przystanku zaledwie kilku szczęśliwców, zostawiając pechowców na pastwę gasnącego nieba, ozdobionego strzępiastą chmurką. Dostawało się dość czasu, żeby się wzburzyć i ochłonąć w nad wyraz malowniczych okolicznościach przyrody. A jeżeli tak się zdarzyło, że z chmurki padał deszcz - zawsze można było skorzystać z ciemnej i nigdy nie wietrzonej, pamiętającej czasy Franciszka Józefa poczekalni. Niekiedy udawało się znaleźć skrawek wolnego miejsca na drewnianej ławie, posłuchać opowieści o tym, jak to ludzie Boga się nie boją i jakie to, panie, czasy nastały, odetchnąć świeżym dymkiem Sporta albo i Giewonta, wysikać się w krzakach i jakoś przeczekać te czterdzieści minut do następnego pekaesu.
BEZIMIENNY I MEDUZA
Ów następny pekaes słabo przystawał do realiów socjalistycznej rzeczywistości: oferował podróżnym niecodzienny komfort pod postacią wielu pustych siedzeń, oraz pana kierowcę Bezimiennego, o ile słowo "pan" było tutaj na miejscu. Jeździć to może on i umiał, uczciwie wydawał wszystkie bilety, nie wrzucał drobnych do kieszeni i w niczym nie przypominał tamtego łachudry Marianka, który nadużywa powierzonego mu przez państwo socjalistyczne stanowiska , ale się kiedyś doigra, oj, doigra! Pan Bóg go skarze, piorun go trzaśnie i ziemia pochłonie. Amen. Niestety, pomimo kilku zalet - chłop z Bezimiennego był żaden. Mruk to był i stary kawaler, co to już dawno powinien się ożenić i zacząć żyć jak Bóg przykazał. Ale gdzie mu tam było do żeniaczki. Dziewuchy mogły dla niego nie istnieć, nawet Meduza, co to jej podobno raz kiedyś, wystawały spod spódnicy żabki do pończoch. Białe albo różowe - zdania były podzielone. Nigdy nie widziałam tych żabek, kojarzę natomiast spódnicę, noszoną codziennie, podobno od samego powojnia. Meduza chyba pęczniała z biegiem lat, a może to spódnica zbiegała się w praniu - pamiętam ruchliwe palce dziewczyny, nieustannie zajęte obciąganiem w dół błękitnego skrawka materiału. Tak jakby zbroja obojętności i milczenia nie mogła jej zapewnić dostatecznej osłony. Meduza i Bezimienny pasowaliby do siebie - mieli w sobie ten sam smutek i to samo sine spojrzenie, przebijające się bez trudu - wzorem czarnej materii - przez obce twarze, szybę pekaesu, smugę kocich łbów i jarzące się w świetle reflektorów krzaczaste pobocza. I była w tym spojrzeniu jakaś wilgoć, w której mogło coś wykiełkować. Może chwast, może inny autobus, inne pole za oknem, a może nawet całkiem inny świat, niewidoczny w otaczającym podróżnych mroku. Taki, który mógłby ich polubić. Bo ten świat, w ich obecności, chyba nie czuł się najlepiej. - C.d.n. (może)
czwartek, 16 grudnia 2021
PARA BUCH
Stryjowie i ciotki, którzy ze śmiechem i wrzawą pojawiali się w
naszych progach w sobotnie wieczory, mieli za sobą sześciogodzinny dzień
pracy dla dobra i rozwoju socjalistycznej ojczyzny, a następnie ciężką
podróż przepełnionym i zadymionym do granic wytrzymałości, dumnym
socjalistycznym pociągiem, z przesiadką w Tłuszczu i przebieżką między
peronami. Maszyna jechała po szynach ospale i miewała nadprogramowy, przedłużający się przestój, nie uwzględniony w oficjalnym rozkładzie jazdy. Otóż grupa
społeczników spod Urli zorganizowała sobie, w czynie społecznym, nie uwzględniony w planie dziesięcioletnim, ale pożądany przez lud pracujący miast i wsi, przystanek Krzaki, gdzie regularnie zrywano hamulec
bezpieczeństwa. Grupka chłopaków pryskała w las, kolejarze przystępowali do rytuału opukiwania wagonów, zaś pasażerowie oddawali się własnemu rytuałowi otwierania okien, oraz zbierania najnowszych wieści z placu boju. Kłęby dymu papierosowego buchały z przedziałów i jak duchy zanikały pośród drzew, wzdłuż korytarzy niosła się wieść o postępach odblokowywania kół, a w sercach lęgła się obawa, że tym razem nie uda się zdążyć na przesiadkę. Trudno było ocenić opóźnienie: na peronach wisiały co prawda zegary, ale każdy wskazywał
inną godzinę, nie to, co przed wojną. Panie! Przed wojną to podług pociągów można było ustawiać zegarki! Mijała wieczność, zanim pociąg ruszył w dalszą drogę, a druga wieczność, zanim dotarł do celu. Opuszczenie wagonu wymagało odrobiny sprytu i wcześniejszych przygotowań. Cały korytarz, z platformą przed drzwiami włącznie, blokowały gburowate baby oraz ich kosze i wszelkiej maści toboły, już opróżnione, ale nadal pachnące masłem, jajami i śmietaną, sprzedanymi warszawiakom na bazarze Różyckiego. Przekupki nigdy nie okazywały biletów - miały tutaj swoje przywileje, okupione drobniakami sypanymi wprost do kieszeni konduktora. Dorośli jakoś się między tym wszystkim przeciskali, nieustannie przepraszając i tłumacząc, że muszą tutaj wysiąść, że przecież konduktor już gwiżdże, a maszynista szarpie i udaje że rusza. Dzieci nie miały szans, żeby się wydostać o własnych siłach, były więc pchane, unoszone przez czyjeś ręce i wyciskane na peron pod ciśnieniem, niczym wągry z pryszczatego nosa. Nareszcie pociąg, pozbywszy się uciążliwego i hałaśliwego ładunku, gwizdał triumfalnie i odjeżdżał, zaś grupka szczęśliwie ocalałych podejmowała bieg na przełaj, przez tory i dziury w starej siatce, w stronę punktu przesiadkowego, gdzie niezwłocznie podawano im kolejny tego dnia, pokrzepiający zastrzyk adrenaliny. C.d.n. (może)
wtorek, 14 grudnia 2021
Z PRĄDEM
Piętnaście lat po wojnie elektryczność dumnie rozświetlała okoliczne miasteczka wschodniego Mazowsza, uparcie omijając naszą wieś. Nie tęskniłam za tym cudem nowoczesności, nie marzyłam o wynalazkach typu pralka Frania czy żelazko, które można było dostać z prądem w pakiecie. Nie znałam ich. O, przepraszam, poznałam żarówkę. Na początku tylko o niej usłyszałam: stryj przywiózł wieści o elektryfikacji rodzinnej wsi Ojca. "Taka żarówka daje mnóstwo światła, wieczorem wystarczy wcisnąć pstryczek i robi się jasno jak w dzień" - zapewniała Babcia. Nie wierzyłam, że to możliwe, chyba od dziecka byłam mocno niewierząca. Potraktowałam tę opowieść jak jeszcze jedną bajkę, z rodzaju tych o Stasiu i Nel, Calineczce, czy o rzezi niewiniątek. Wkrótce udało mi się skonfrontować opowieść Babci i chorobliwy, dziecięcy sceptycyzm z niepodważalną - bo ujrzaną na własne oczy - świetlaną rzeczywistością. Pewnego dnia rodzicie upchnęli mnie między plecami Ojca i brzuchem Mamy na siodełku czarnego Junaka i pomknęliśmy w stronę oddalonego o sto kilometrów postępu,, gdzie sztuczne światło już na nas czekało, skutecznie rozpraszając wszechobecną ciemnotę i zabobon. Chyba przespałam podróż i prawdopodobnie wniesiono mnie do domu na rękach, bo kiedy otworzyłam oczy, okazało się, że leżę w obcym łóżku, a wkrótce pod sufitem zaczęła się bździć się jakaś rozczarowująca, za to energooszczędna, a raczej - spójrzmy prawdzie w oczy - ekonomiczna "czterdziestka". W pomarańczowo-burym świetle żarówki pomieszczenie wydawało się brudne, zimne i nieprzytulne. Pamiętam, że kiedy ją z dumą zapalono, demonstrując gościom przewagę cywilizacyjną bogatego środkowego Mazowsza nad, przypisanym mi przy urodzeniu, ciemnym i biednym Mazowszem wschodnim, zapragnęłam tylko wsunąć się pod pierzynę i nawet nie czekać na kolację. A ta zapowiadała się niezwykle atrakcyjnie. Uwielbiałam zloty z udziałem stryjów i ciotek. W naszym pierwszym pożydowskim domu, a zwłaszcza później, w służbowym mieszkaniu w nowej szkole, odbyło się wiele szalonych imprez. C.d.n. (może)
TO NIE DO CZYTANIA, TU JESZCZE BEDE PISAĆ (MOŻE)
W przyjaznym, opiekuńczym świetle lampy naftowej, stryjowie ochoczo gromadzili się za stołem. Zazwyczaj dużo jedli, pili, śpiewali sprośne piosenki, opowiadali świńskie żarty i zasypywali ciotki uszczypliwościami, które te miały odbierać jako komplementy. Prosili dzieci o piosenki i wierszyki, po czym z zapałem bili brawo, a ich uznanie dla naszych talentów wydawało nam się szczere. Ciotki były mniej wylewne, zapewne dlatego, że niewiele piły. Jednak cukier z ciast i tortów robił swoje i - w miarę postępu kolacji - coraz częściej i one wybuchały gromkim śmiechem. Późnym wieczorem, kiedy żołądki były już przepełnione, a naczynia w połowie puste, w sercach biesiadników lęgła się odwaga, a w głowach głupie pomysły. Zaczynało się pukanie do drzwi sąsiadów i sąsiadek (młodych nauczycieli i nauczycielek), wyciąganie ich łóżek, polewanie wodą, częstowanie "karniakami", bieganie w piżamach po ciemnych, szkolnych korytarzach, krzyki, komiczne występy i ogólna wesołość. Nie zawsze wszystko kończyło się dobrze. Pewnego razu latający pantofelek trafił szpilką w dwójkę Mamy. Następnego dnia szkolny korytarz został starannie oczyszczony z krwi, odnaleziony ząb trafił do szkatułki z guzikami, a w niedalekiej przyszłości w ustach Mamy pojawił się mostek, który się tam przyjął, zadomowił i pozostał z nią do końca.
Nikt nie zwracał uwagi na dzieci, trudno się temu dziwić, skoro nie sięgały pasa, zajmowały się zjeżdżaniem po schodach na tyłku, albo bawiły w jakiejś ciemnej klasie w trupa i Sherlocka Holmesa. Kiedy przychodziło ostateczne zmęczenie, ciotki zabierały się za sprzątanie, dzieci padały do swoich łóżek, a wujkowie zasiadali do okrągłego stołu, na którym pojawiały się karty do gry, wyciągane na tę okoliczność z jakiegoś tajnego, niezgłębionego zakamarka.Kiedyś, po kilku latach, przewracając szmaty w szafie w poszukiwaniu czystych majtek, znalazłam ten zakamarek i odkryłam z niemałą emocją, że w ukrywanej przed dziecięcym wzrokiem talii, zamiast zwykłych dam, znajdowały się gołe baby. Jedna z tych bab ustawiona była w pozie, która już na zawsze splątała mi się z dorosłością, kobiecym seksapilem, wyuzdaniem i nad wyraz intymną sromotą. Cokolwiek to słowo znaczy. Przez pewien czas trenowałam tę sromotę w podrapanym lusterku, służącym Ojcu do golenia,
Zamiłowanie do brydża okazało się niezwykle zaraźliwe i rozpleniło się w naszej rodzinie do tego stopnia, że przy okazji różnych spotkań, trzy pokolenia grywały równolegle na trzech stołach i jednym tapczanie. Pewnego dnia wszystko się skończyło. Zmarł Ojciec i od tamtej pory - o ile wiem - nikt z nas nie rozegrał ani jednej partii.
Właściwie to usiadłam tutaj, żeby napisać o kołchoźniku - to było takie radio na kablu, które nie wymagało podłączenia do gniazdka. Takie gomułkowskie perpetuum mobile: nie tylko istniało, ale też grało i dość skutecznie prało mózg. Może kiedyś.
Nie, nigdy nie marzyłam, że latam. Chciałam pływać. Ropucha z bajki pływała na wielkim, szerokim liściu. Świat pachniał trzciną i tatarakiem, na dłoniach siadały fioletowe ważki, a niewinne komary spijały rosę z liści. Mogłabym stać się taką ropuchą, gdybym znalazła odpowiedni liść. Ale nie miałam liścia: łopiany wplątywały się we włosy, a do denderewa nie wolno było się zbliżać nawet na krok. Nie wąchać, nie dotykać. W kącie podwórza stała balia, aluminiowa, z dziurą zatkaną drewnianym kołkiem. Czy zdajesz sobie sprawę, czytelniku, jak ciężka była taka balia? Jak trudno ją było przeciągnąć przez łąkę, przez kocie łby szosy i dwa rowy? Wysoki brzeg sadzawki obrastały nieprzystępne chabazie, zaś niski wypełniało błoto, idealne do produkcji dziecięcych skarpetek.
Wonny świat ropuchy zatonął z chlupotem.
Tego dnia nieświadomie zostałam ekologiem. Prawdziwego liścia nie da się zastąpić.
Balia stała na swoim zwyczajnym miejscu pod płotem. Nie po raz pierwszy zrozumiałam, że istnieją na tym świecie rzeczy, które się filozofom nie śniły.
O Ciotce Cichej mówiono szeptem. A o chłopcu z UPA, który na koniec, po tym wszystkim co się stało, próbował poderżnąć jej gardło, ale tylko uszkodził krtań – nie mówił nikt. Sama mi o nim powiedziała, tak zwyczajnie, szeptem. To było wtedy, kiedy przyniosłam dziesięć jajek wykradzionych z kurnika, a ona pokazała jak się robi lody.
Niewiele pamiętam z tamtej opowieści – była w niej zima, noc, śmierć i strach. O wiele lepiej pamiętam letni dzień, upał, górę lodu pod słomą w stodole, rytmiczne potrząsanie bańką i najcudowniejszy ze wszystkich smak lodowej kulki.
Ciotka Cicha zmarła pierwsza, ale Ślepy Wujo nie ociągał się za długo. Kuzyn, który odziedziczył dom już pierwszej nocy zaprószył ogień i spłonął w ich małżeńskim łóżku.
Patrzę na ruiny i pamiętam gdzie jest była sień, kuchnia, drzwi. Chciałabym tam wejść, jak kiedyś, bez pukania. Ale tyle śniegu napadało i taki mróz.
Małkowska
nie miała dupy.
Powiedział
mi o tym Stasiek Drużbów. Już wcześniej mi mówił o budzących grozę rzeczach, na przykład o czarnej wołdze i
ruchaniu. Jednak zanim dostąpiłam tych wtajemniczeń, musiałam się niejednego
nauczyć: kroić grube pajdy chleba, maczać wierzch kromek w wiadrze, grubo posypywać
cukrem i nosić Staśkowi w ruiny nad sadzawką.
Tak więc
poznałam tajemnicę Małkowskiej. Uwierzyłam Staśkowi, a przecież na własne oczy
widziałam, że Małkowska ma dupę pod cienką i wąską, kretonową spódnicą. I przecież
nie mogłam jeszcze wiedzieć niczego o Auschwitz, Mengele, czy kastracjach niearyjek. Może
dlatego, że Małkowska była inna. Nie miała męża, dzieci, świń, krów ani ziemi,
nie pożyczała soli od sąsiadek, a ludzie się gapili, gdy mijali jej dom. I ja
zaczęłam się gapić. Wyobrażałam sobie jak Małkowska szykuje się do snu: ściąga
przez głowę kretonową sukienkę i układa na krześle drewniane pośladki, obce i
martwe jak odpinana noga Józwa.
Piszę o Małkowskiej
dlatego, że umarła. A Stasiek Drużbów umarł dawno temu.
I dopiszę
jeszcze, że „Obwód głowy" Włodzimierza Nowaka nie dostał dzisiaj Nike.
I dupa
Jasiu.
Niestety, pociągi do Warszawy były tak przepełnione, że bezradni konduktorzy udostępniali podróżnym wagony pocztowe, pozbawione wygodnych schodków i przez to trudno dostępne. Stryjowie podsadzali Ciotki, szczypiąc je przy okazji po tyłkach, potem sami się podciągali - byli w końcu młodzi, szczupli i silni. Trenowali przecież od dziecka z użyciem wideł, pługów, cepów i temu podobnych przyrządów gimnastycznych. Kłopotów przysparzał pewien przyszywany wujek, który miewał poważne problemy z nogami. Były krótkie i kaczkowate, ale główną przeszkodę stanowiła ich miękkość i marna koordynacja. Były to dolegliwości nabyte, albowiem, chociaż ów wujek odwiedzał nas najrzadziej, za to żegnał się z nami ze szczególnym żalem i nigdy nie umiał się z nami rozstać bez "rozchodniaka". Podsadzał go Ojciec, podsadzał konduktor i jeszcze jakiś kolejarz, któremu w wysiłku spadła czapka, przyszywana ciotka załamywała ręce, a efekt był podobny jak z tą rzepką, która rosła jędrna i krzepka. Do czasu, rzecz jasna, do czasu. C.d.n. (może)
Podnosiło to ludzi na duchu i na ciele
Nikt nie miał na to chęci, a siły były również mocno nadwątlone.
Jego odporność na skutki uboczne leku malała z każdą przyjętą dawką.
Amerykanie zrzucali stonkę.
poniedziałek, 6 grudnia 2021
czwartek, 2 grudnia 2021
TRZECIA DAWKA
