Stryjowie i ciotki, którzy ze śmiechem i wrzawą pojawiali się w
naszych progach w sobotnie wieczory, mieli za sobą sześciogodzinny dzień
pracy dla dobra i rozwoju socjalistycznej ojczyzny, a następnie ciężką
podróż przepełnionym i zadymionym do granic wytrzymałości, dumnym
socjalistycznym pociągiem, z przesiadką w Tłuszczu i przebieżką między
peronami. Maszyna jechała po szynach ospale i miewała nadprogramowy, przedłużający się przestój, nie uwzględniony w oficjalnym rozkładzie jazdy. Otóż grupa
społeczników spod Urli zorganizowała sobie, w czynie społecznym, nie uwzględniony w planie dziesięcioletnim, ale pożądany przez lud pracujący miast i wsi, przystanek Krzaki, gdzie regularnie zrywano hamulec
bezpieczeństwa. Grupka chłopaków pryskała w las, kolejarze przystępowali do rytuału opukiwania wagonów, zaś pasażerowie oddawali się własnemu rytuałowi otwierania okien, oraz zbierania najnowszych wieści z placu boju. Kłęby dymu papierosowego buchały z przedziałów i jak duchy zanikały pośród drzew, wzdłuż korytarzy niosła się wieść o postępach odblokowywania kół, a w sercach lęgła się obawa, że tym razem nie uda się zdążyć na przesiadkę. Trudno było ocenić opóźnienie: na peronach wisiały co prawda zegary, ale każdy wskazywał
inną godzinę, nie to, co przed wojną. Panie! Przed wojną to podług pociągów można było ustawiać zegarki! Mijała wieczność, zanim pociąg ruszył w dalszą drogę, a druga wieczność, zanim dotarł do celu. Opuszczenie wagonu wymagało odrobiny sprytu i wcześniejszych przygotowań. Cały korytarz, z platformą przed drzwiami włącznie, blokowały gburowate baby oraz ich kosze i wszelkiej maści toboły, już opróżnione, ale nadal pachnące masłem, jajami i śmietaną, sprzedanymi warszawiakom na bazarze Różyckiego. Przekupki nigdy nie okazywały biletów - miały tutaj swoje przywileje, okupione drobniakami sypanymi wprost do kieszeni konduktora. Dorośli jakoś się między tym wszystkim przeciskali, nieustannie przepraszając i tłumacząc, że muszą tutaj wysiąść, że przecież konduktor już gwiżdże, a maszynista szarpie i udaje że rusza. Dzieci nie miały szans, żeby się wydostać o własnych siłach, były więc pchane, unoszone przez czyjeś ręce i wyciskane na peron pod ciśnieniem, niczym wągry z pryszczatego nosa. Nareszcie pociąg, pozbywszy się uciążliwego i hałaśliwego ładunku, gwizdał triumfalnie i odjeżdżał, zaś grupka szczęśliwie ocalałych podejmowała bieg na przełaj, przez tory i dziury w starej siatce, w stronę punktu przesiadkowego, gdzie niezwłocznie podawano im kolejny tego dnia, pokrzepiający zastrzyk adrenaliny. C.d.n. (może)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz