W
niedzielę pekaesy jeździły punktualnie - kierowcy w głębi duszy bali
się Boga i szanowali anachroniczną pobożność ludu, uczęszczającego na
msze do okolicznych
kościołów. Proboszcz szanował państwową komunikację na równi z wdowim
groszem - godziny nabożeństw dopasowywał do aktualnego rozkładu jazdy.
Lud boży natomiast preferował jazdę furmanką. Bo po co kupować bilet dla każdego, a
po połówce dla dziecka poniżej siedmiu lat. Koń za worek obroku wiózł
chętnie całą rodzinę i - w przeciwieństwie do
konduktora - nie żądał opłaty za przejazd. A i furmanki były już
porządne, gumowane, z przekładnią. Koła żelaźniaków poniewierały w
krzakach, żarła je rdza, a kury (te przeklęte skrytki) właziły między
szprychy żeby siedzieć na jajach. Wyrychtowanie wozu na niedzielną sumę -
to była prosta, chłopska robota. Wystarczyło zwalić na podwórze resztę
słomy, omieść deski, zaprząc konia w hołoble, rzucić na siedzenie bury
koc pod tyłek, a drugi, kraciasty, do ogacenia nóg. Potem się rodzina
stroiła do kościoła. Baby splatały włosy w warkocze, spinały koki,
wiązały chustki. Chłop
musiał w roboczych portkach odnaleźć brudny grzebyk, przylizać czuprynę,
przykryć
to wszystko czapką z daszkiem. Wszyscy się spieszyli. Przez otwarte drzwi szafy wypadały wiązki
bagna, palta wydzielały wstrętny zapach kamfory. Przed wojną każdy
chłop miał niedzielną pelisę, grubą, watowaną, ubogaconą kołnierzem z
lisa. Przyszedł lis w nocy do kurnika - mógł
wynieść jedną kurę. Przyszedł po raz drugi - czekały na niego wnyki.
Mieszkał tutaj przed wojną taki jeden Żyd, który bardzo dobrze wyprawiał
lisy i króliki, a kołnierze podszywał szarym lnem i satyną. Kupował
wszystko, nawet sierść zeskrobaną z zabitego świniaka. Robił z niej
szczotki. Po wojnie, w epoce błędów i wypaczeń, potężne moce produkcyjne ludu pracującego miast i wsi nie były należycie wykorzystywane. Nie można było nigdzie dostać szczotek ze świńskiego włosia. Nikt nie szył chłopom pelis. Nawet nie było komu dać skóry do wyprawy, niejedno lisie futro zgniło w
dole.
W każdą niedzielę procesja końskich wozów wiła się przez wieś. Bywało, że siedziałam pod kraciastym kocem, między dorosłymi. Na rozwidleniu dróg stała kapliczka. Chłopi zdejmowali przed figurką czapki, kobiety i dzieci czyniły znak krzyża. Był to przywilej ludzi bogobojnych, czystych, spieszących na spotkanie z księdzem. Spuszczałam wzrok, chowałam ręce i pod kocem ze wszystkich sił zaciskałam piąstki.Obłażąca z farby figurka Matki Boskiej, okryta wianuszkiem brudnych koronek, znała mój straszny grzech.Wiedziała o morderstwie i pochówku. I że pod białym kamieniem u jej stóp, próchnieje po dziś dzień haftowany całun, kryjący mały szkielet. C.d.n. (może)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz