środa, 22 grudnia 2021

LEN I SATYNA

 

W niedzielę pekaesy jeździły punktualnie - kierowcy w głębi duszy bali się Boga i szanowali anachroniczną pobożność ludu, uczęszczającego na msze do okolicznych kościołów. Proboszcz szanował państwową komunikację na równi z wdowim groszem - godziny nabożeństw dopasowywał do aktualnego rozkładu jazdy. Lud boży natomiast preferował jazdę furmanką. Bo po co kupować bilet dla każdego, a po połówce dla dziecka poniżej siedmiu lat. Koń za worek obroku wiózł chętnie całą rodzinę i - w przeciwieństwie do konduktora - nie żądał opłaty za przejazd. A i  furmanki były już porządne, gumowane, z przekładnią. Koła żelaźniaków poniewierały w krzakach, żarła je rdza, a kury (te przeklęte skrytki) właziły między szprychy żeby siedzieć na jajach. Wyrychtowanie wozu na niedzielną sumę - to była prosta, chłopska robota. Wystarczyło zwalić na podwórze resztę słomy, omieść deski, zaprząc konia w hołoble, rzucić na siedzenie bury koc pod tyłek, a drugi, kraciasty, do ogacenia nóg. Potem się rodzina stroiła do kościoła. Baby splatały włosy w warkocze, spinały koki, wiązały chustki. Chłop musiał w roboczych portkach odnaleźć brudny grzebyk, przylizać czuprynę, przykryć to wszystko czapką z daszkiem. Wszyscy się spieszyli. Przez otwarte drzwi szafy wypadały wiązki bagna, palta wydzielały wstrętny zapach kamfory.  Przed wojną każdy chłop miał niedzielną pelisę, grubą, watowaną, ubogaconą kołnierzem z lisa. Przyszedł lis w nocy do kurnika - mógł wynieść jedną kurę. Przyszedł po raz drugi - czekały na niego wnyki. Mieszkał tutaj przed wojną taki jeden Żyd, który bardzo dobrze wyprawiał lisy i króliki, a kołnierze podszywał szarym lnem i satyną. Kupował wszystko, nawet sierść zeskrobaną z zabitego świniaka. Robił z niej szczotki. Po wojnie, w epoce błędów i wypaczeń, potężne moce produkcyjne ludu pracującego miast i wsi nie były należycie wykorzystywane. Nie można było nigdzie dostać szczotek ze świńskiego włosia. Nikt nie szył chłopom pelis. Nawet nie było komu dać skóry do wyprawy, niejedno lisie futro zgniło w dole.

W każdą niedzielę procesja końskich wozów wiła się przez wieś. Bywało, że siedziałam pod kraciastym kocem, między dorosłymi. Na rozwidleniu dróg stała kapliczka. Chłopi zdejmowali przed figurką czapki, kobiety i dzieci czyniły znak krzyża. Był to przywilej ludzi bogobojnych, czystych, spieszących na spotkanie z księdzem. Spuszczałam wzrok, chowałam ręce i pod kocem ze wszystkich sił zaciskałam piąstki.Obłażąca z farby figurka Matki Boskiej, okryta wianuszkiem brudnych koronek, znała mój straszny grzech.Wiedziała o morderstwie i pochówku. I że pod białym kamieniem u jej stóp, próchnieje po dziś dzień haftowany całun, kryjący mały szkielet. C.d.n. (może)


 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz