czwartek, 30 grudnia 2021

POROST

Czasami w pekaesie było tak dużo wolnych miejsc, że i my, dzieci wraz z rodzicami, zabieraliśmy się z gośćmi na stację. Starzy zajmowali miejsca z przodu autobusu, tył blokowały pryszczate wyrostki, dzieci mogły siadać pośrodku, zmieniać miejsca, przesiadać się, kręcić ile dusza zapragnie. Kiedy pekaes zbliżał się do stacji, a podróżnych przybywało, zaczynałam odczuwać wewnętrzny przymus ustąpienia miejsca starszym. Dzisiaj sądzę, że otaczający mnie wówczas staruszkowie mieli po dwadzieścia parę lat, nie więcej. Autobus się kołysał i trząsł na kamieniach, wyrostki wykrzykiwały zaczepki w stronę dziewczyn, dziewczyny się oglądały i stroiły miny, wujek Beniek śpiewał song o Marynie, z zapalonych sportów buchały kłęby dymu, spod maski buchały kłęby pary, kierowca nabierał w kubeł wodę z rowu, potem, z miną eksperta napełniał chłodnicę, dziećmi rzucało w tył i w przód. Nie byłoby tak źle, gdyby mi się nie chciało dwóch rzeczy na raz: rzygać i sikać. Pewnego razu coś się wydarzyło. Ktoś mnie pochwycił i zakleszczył w dłoniach. Jakiś spocony dziad w kapeluszu posadził mnie sobie na kolanach. Było coś złego w tym, jak mnie mocno trzymał, jak ugniatał, więził, jak coś chrypiał do siebie. Sapał mi do ucha i cuchnęło mu z ust. To był smok! Smok Wawelski na pewno tak ział i tak stękał, kiedy połknął barana. Wiedziałam, że gad  pękł i ta myśl dawała mi nadzieję. Po doświadczeniu z cuchnącym siarką dziadem przez jakiś czas unikałam jazdy autobusem. Rzadko myślałam o tym, co się wydarzyło i pewnie mogłabym z czasem zapomnieć. Ale kiedyś ponownie go zobaczyłam: wysiadł pierwszy, odwrócił się, spojrzał na mnie i puścił oko. Tak, jakby nas łączył jakiś wspólny sekret. Powtarzam: puścił do mnie oko, nie zmyślam. Zrobił gest, jakby znowu chciał chwycić mnie w pasie. Stałam na schodkach, popychana w stronę wyjścia i tam umarłam - na krótko, sekundę albo dwie. To poniżające, co śmierć wyczynia z ciałami umarłych. Wystarczyło kilka chwil mojej nieobecności, aby żołądek i pęcherz wyrzuciły na widok publiczny całą swoją niedzielną zawartość. Ohydny był ten brud, który wczepił się we mnie jak jakiś wyjątkowo żywotny porost. I nigdy nie odpuścił. Byłam niedobra, wszystkiemu winna, a drewniany posąg z kościoła cierpiał przeze mnie na krzyżu straszne męki. Byłam nawet gotowa klęczeć przed tym posągiem, bić się w piersi i powtarzać: moja wina - tak jak mnie uczyła kochana babcia Helena. Miałam wtedy nie więcej niż sześć lat, kiedy poznałam balast wstydu. Po raz pierwszy w życiu, ale nie ostatni. I oświadczam Ci, potencjalny czytelniku moich wspomnień: Jeżeli kiedykolwiek, chociaż raz w swoim życiu poważyłeś się być smokiem wobec dziecka w wieku - nieważne - pięciu, piętnastu czy trzydziestu lat, wypieprzaj z mojego bloga, z fejsa, z życia, z moich wspomnień. I jeżeli nawet czujesz się w tej chwili syty i zadowolony - nie zapominaj, że już masz w sobie siarkę. I że wcześniej lub później poznasz pragnienie i ból, którego nic nigdy nie ukoi. A kiedy pękniesz - nikt się nawet nie obejrzy. C.d.n. (może)

 


 

1 komentarz: