poniedziałek, 27 grudnia 2021

POMARAŃCZOWE NIEBO

 

Pewnego dnia spoza chmur słońce w dół spojrzało i zabarwiło wszystko w krąg: morze, zieleń i cały, błądzący po wypaczonych ścieżkach raczkującego socjalizmu, umiłowany kraj. Wujek też rozchmurzył twarz i powiedział: rację masz! A nie, co ja plotę! Nie wujek, lecz towarzysz. Silne ramiona ludu pracującego wyniosły towarzysza Wiesława na mównicę. Z mównicy popłynęły słowa twardej prawdy, ale też słowa otuchy. Zapanował powszechny entuzjazm, zaś równie powszechny dobrobyt był dosłownie o krok. Każdy towarzysz i obywatel ludowej ojczyzny zajmował przydzielone mu miejsce w społeczeństwie. I tak stopniowo hutnicy udawali się do hut, górnicy do kopalń, Syjoniści do Syjamu, zaś kobiety na traktory. Ze śpiewem na ustach, ze sztandarem w dłoni i z gotowością do pracy w dodatkowych godzinach. Z trzech wymienionych powyżej nacji, mieliśmy we wsi kilka kobiet. I ani jednego traktora. Kobieta mogła iść co najwyżej do świń, do krów, kur, kaczek, gęsi, do garów z kartoflami i kapustą. Matka poszła ponadto na studia, na biologię. Nie ominął jej - rzecz jasna - pisemny nakaz pracy w szkole. W zatłoczonych do granic możliwości klasach matce wyznaczono cel nad wyraz światły: wyrugowanie gwary i języka mniejszości z serc i umysłów tutejszej młodzieży w wieku od siedmiu do osiemnastu lat. Praca i nauka uczyniły swoje: ona sama stopniowo pozbyła się stwardnień i zaśpiewów, typowych dla lokalnej społeczności. W przeciwieństwie do niektórych krnąbrnych uczniów - pod koniec życia władała literacką polszczyzną - o ile sama potrafię to ocenić. Nie wykluczam, że i ja nawijam jakąś gwarą, wbrew woli i - rzecz jasna - całkowicie nieświadomie, albowiem jakże cenna świadomość nigdy nie była mocną stroną mojej rodziny. Ojciec z powodzeniem trenował styl literacki, przynależny wyższym elitom politycznym, a okrzyknięty po latach pogardliwym mianem nowomowy. Na szczęście wyłącznie na piśmie. Jako sekretarz podstawowej organizacji partyjnej, przywoził z powiatu stosowne wytyczne. Potem się zamykał w swojej kancelarii, warczał na dzieci i na maszynie do pisania wystukiwał sprawozdania z zebrań partyjnych, na które nikt ze wsi nigdy nie przychodził. Bo jak miał przychodzić, skoro o nich nie wiedział. "Wieszaj obwieszczenia dopiero jak się ściemni" - poradził ojcu towarzysz z powiatu, prywatnie promotor partyjnego science-fiction, a w mojej pamięci ponury gość w brudnych pantoflach i portkach wiszących mu do kolan. Sprawozdania z zebrań, zatwierdzone stemplem, lądowały w czeluściach jakiejś nory i nikt nigdy żadnego nie przeczytał. Ale musiały być na swoim miejscu, gdyby, nie daj Boże, ktoś zarządził kontrolę. I tak, w dniu zero, ojciec długo ciął sieczkę, obrządzał, doił krowy. I kiedy świat wokół toczył się do przodu, Ruskie wystrzeliwali w kosmos Gagarina, z taśmy produkcyjnej schodził polski komputer - u nas pomarańczowe słońce zachodziło za olszynę, mrok niemal średniowieczny pochłaniał naszą wyspę, a zakotwiczona na płyciźnie ludność z płoną nadzieją czekała na latarnie. C.d.n.(może)


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz