niedziela, 19 grudnia 2021

PROMIENIE UV

 

Perspektywa powrotu gości do domu kładła się cierniem na całym niedzielnym przedpołudniu. Stryjowie po ciężkiej nocy cierpieli na bóle głowy, ciotki nie wykazywały ani krzty empatii, wręcz przeciwnie - wyrażały żal, że mężowie nie cierpią na dyskomfort także w bardziej newralgicznych częściach ciała. Nikomu nie chciało się wyjeżdżać. Warszawa da się lubić - przypominał śpiewny głos, płynący z kołchoźnika, zamontowanego obok okna w naszej kuchni, podobnie jak w każdej, a choćby i najbardziej kurnej chacie w okolicy. Cel przedsięwzięcia "kołchoźniki do chałup" był nad wyraz szlachetny: wlewanie w krnąbrne ludzkie serca trzech podstawowych cnót obywatelskich: miłości do ludowej ojczyzny, nadziei na przyznanie towarzyszowi Wiesławowi oratorskiej nagrody Nobla, oraz wiary w wizjonerską nieomylność mężczyzn w ciemnych garniturach. I przypomnijmy młodszemu pokoleniu, że nie chodziło tu o kosmitów. Ani tym bardziej o czarne anioły, albowiem zarówno Anioły, jak i wszelkie Lucyfery, były w tamtych czasach bytami mocno podejrzanymi: schorowanymi i przyczajonymi w swych ciemnych czeluściach, skąd w zdrową tkankę ludu pracującego, siało się zgorszenie i trąd. Opiekuńcze państwo nie szczędziło sił i środków na profilaktyczne prześwietlenia. Wykryte guzy i raki leczono śpiewem. Utwory sumiennie rejestrowano i skrzętnie magazynowano w kartonowych teczkach, opatrzonych mniej lub bardziej trafnym pseudonimem artystycznym i czerwoną pieczęcią SB. Niektórzy nasi goście mieli taki teczki. Ich kartki szeleściły w świadomości dorosłych członków rodziny, a atramentowy pył osadzał się nieubłaganie w świadomości dzieci. Opublikowana po latach, kontrowersyjna lista Wildsteina nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem. C.d.n. (może)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz