Perspektywa powrotu gości do domu kładła się cierniem na całym niedzielnym przedpołudniu. Stryjowie po ciężkiej nocy cierpieli na bóle głowy, ciotki nie wykazywały ani krzty empatii, wręcz przeciwnie - wyrażały żal, że mężowie nie cierpią na dyskomfort także w bardziej newralgicznych częściach ciała. Nikomu nie chciało się wyjeżdżać. Warszawa da się lubić - przypominał śpiewny głos, płynący z kołchoźnika, zamontowanego obok okna w naszej kuchni, podobnie jak w każdej, a choćby i najbardziej kurnej chacie w okolicy. Cel przedsięwzięcia "kołchoźniki do chałup" był nad wyraz szlachetny: wlewanie w krnąbrne ludzkie serca trzech podstawowych cnót obywatelskich: miłości do ludowej ojczyzny, nadziei na przyznanie towarzyszowi Wiesławowi oratorskiej nagrody Nobla, oraz wiary w wizjonerską nieomylność mężczyzn w ciemnych garniturach. I przypomnijmy młodszemu pokoleniu, że nie chodziło tu o kosmitów. Ani tym bardziej o czarne anioły, albowiem zarówno Anioły, jak i wszelkie Lucyfery, były w tamtych czasach bytami mocno podejrzanymi: schorowanymi i przyczajonymi w swych ciemnych czeluściach, skąd w zdrową tkankę ludu pracującego, siało się zgorszenie i trąd. Opiekuńcze państwo nie szczędziło sił i środków na profilaktyczne prześwietlenia. Wykryte guzy i raki leczono śpiewem. Utwory sumiennie rejestrowano i skrzętnie magazynowano w kartonowych teczkach, opatrzonych mniej lub bardziej trafnym pseudonimem artystycznym i czerwoną pieczęcią SB. Niektórzy nasi goście mieli taki teczki. Ich kartki szeleściły w świadomości dorosłych członków rodziny, a atramentowy pył osadzał się nieubłaganie w świadomości dzieci. Opublikowana po latach, kontrowersyjna lista Wildsteina nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem. C.d.n. (może)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz