Na przystanku już czekał na spóźnionych podróżnych dumny, niecierpliwy pekaes, z dumnym i zniecierpliwionym kierowcą za kółkiem. No chyba że tego dnia w roli pana kierowcy występował Romanek. Ów mistrz kierownicy nigdy nie czekał - posiadał spieszący się zegarek. Ponadto cierpiał na przypadłość popadania w swoisty rezonans: nie było pociągu - Romanek siedział za konsolą i leniwie palił sporta, gdy tylko pociąg pojawiał się na horyzoncie - Romanek zapalał silnik, ogłaszał odjazd i niespiesznie ruszał, serwując cholernym warszawiakom odrobinę folkloru, pod postacią dodatkowej przebieżki po kocich łbach. W końcu odjeżdżał, na tyle powoli, aby zdyszani amatorzy podróży zdążyli obejrzeć czerwone, mrugające wesoło światła stopu, znikające w kurzu szosy lub w innej szarej mgle. A jak się coś któremuś z cholernych warszawiaków nie podobało, zawsze mógł wsiąść w czerwony autobus, który po ulicach jego miasta mknie, tak czy nie? Zmiennik Romanka, Marianek, nie posiadał zegarka, miał za to w bród ułańskiej fantazji. Bardzo chętnie używał drążka skrzyni biegów, chętnie szarpał pojazdem raz w przód, a raz w tył - z dobroci serca oczywiście. Tłumek w przejściu między siedzeniami elegancko się ugniatał, robiąc więcej miejsca dla nowych pasażerów. Ponadto Marianek, wzorowo odgrywając rolę pana kierowcy, troszczył się o komfort ściśniętych jak śledzie w beczce, miejscowych podróżnych. Z tej to przyczyny zabierał z przystanku zaledwie kilku szczęśliwców, zostawiając pechowców na pastwę gasnącego nieba, ozdobionego strzępiastą chmurką. Dostawało się dość czasu, żeby się wzburzyć i ochłonąć w nad wyraz malowniczych okolicznościach przyrody. A jeżeli tak się zdarzyło, że z chmurki padał deszcz - zawsze można było skorzystać z ciemnej i nigdy nie wietrzonej, pamiętającej czasy Franciszka Józefa poczekalni. Niekiedy udawało się znaleźć skrawek wolnego miejsca na drewnianej ławie, posłuchać opowieści o tym, jak to ludzie Boga się nie boją i jakie to, panie, czasy nastały, odetchnąć świeżym dymkiem Sporta albo i Giewonta, wysikać się w krzakach i jakoś przeczekać te czterdzieści minut do następnego pekaesu.
BEZIMIENNY I MEDUZA
Ów następny pekaes słabo przystawał do realiów socjalistycznej rzeczywistości: oferował podróżnym niecodzienny komfort pod postacią wielu pustych siedzeń, oraz pana kierowcę Bezimiennego, o ile słowo "pan" było tutaj na miejscu. Jeździć to może on i umiał, uczciwie wydawał wszystkie bilety, nie wrzucał drobnych do kieszeni i w niczym nie przypominał tamtego łachudry Marianka, który nadużywa powierzonego mu przez państwo socjalistyczne stanowiska , ale się kiedyś doigra, oj, doigra! Pan Bóg go skarze, piorun go trzaśnie i ziemia pochłonie. Amen. Niestety, pomimo kilku zalet - chłop z Bezimiennego był żaden. Mruk to był i stary kawaler, co to już dawno powinien się ożenić i zacząć żyć jak Bóg przykazał. Ale gdzie mu tam było do żeniaczki. Dziewuchy mogły dla niego nie istnieć, nawet Meduza, co to jej podobno raz kiedyś, wystawały spod spódnicy żabki do pończoch. Białe albo różowe - zdania były podzielone. Nigdy nie widziałam tych żabek, kojarzę natomiast spódnicę, noszoną codziennie, podobno od samego powojnia. Meduza chyba pęczniała z biegiem lat, a może to spódnica zbiegała się w praniu - pamiętam ruchliwe palce dziewczyny, nieustannie zajęte obciąganiem w dół błękitnego skrawka materiału. Tak jakby zbroja obojętności i milczenia nie mogła jej zapewnić dostatecznej osłony. Meduza i Bezimienny pasowaliby do siebie - mieli w sobie ten sam smutek i to samo sine spojrzenie, przebijające się bez trudu - wzorem czarnej materii - przez obce twarze, szybę pekaesu, smugę kocich łbów i jarzące się w świetle reflektorów krzaczaste pobocza. I była w tym spojrzeniu jakaś wilgoć, w której mogło coś wykiełkować. Może chwast, może inny autobus, inne pole za oknem, a może nawet całkiem inny świat, niewidoczny w otaczającym podróżnych mroku. Taki, który mógłby ich polubić. Bo ten świat, w ich obecności, chyba nie czuł się najlepiej. - C.d.n. (może)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz