Ojciec i stryjowie cierpieli na pewną dokuczliwą wadę genetyczną, uniemożliwiającą im przyjmowanie niektórych popularnych leków. Na przykład: bez względu na stopień cierpienia, nie mogli się zmusić do leczenia kaca klinem. Wyjątek stanowił pewien przyszywany wujek Benek, którego dostawaliśmy czasami w pakiecie, wraz z ukochaną ciotką Benią. Benek kurował się bez obrzydzenia, nie zważając na skutki uboczne kolejnych dawek leku. I było coś smutnego w tym jego samotnym piciu i nienaturalnej, krzykliwej wesołości, której tego dnia już nie było z kim dzielić. I w ożywieniu ciotki Beni, która czuła jeszcze większy smutek, bo - jako żona Benka, kobieta i wyłączna opiekunka domowego ogniska - czuła się niejako przyczyną tego smutku, więc próbowała się weselić i rozweselać innych, i czasem nawet się udawało. Tymczasem stryjowie, skazani na wiejską aromatoterapię i homeopatyczne właściwości kompotu z mirabelek, dosyć wolno odzyskiwali wigor. Marzyło im się jakieś lewe zwolnienie lekarskie, jakieś niespodziewane święto państwowe, albo dzień żałoby narodowej - cokolwiek, co by im dało jeszcze jeden dzień na łonie wsi spokojnej, wsi wesołej. Niestety, nie było na kogo liczyć, chyba tylko na zmiłowanie pańskie: w siódmy dzień tygodnia wiecznie nienasycony doktor Mazurek nie przyjmował pacjentów, wiecznie spragniony towarzysz Breżniew nie opuszczał Moskwy, a wiecznie żywy Włodzimierz Lenin nie zmieniał kondycji w swoim Mauzoleum. Budujemy betonowy nowy dom - przywoływał wujów do rzeczywistości bezlitosny kołchoźnik. Po takim profesjonalnym, muzycznym przygotowaniu, każdy prawdziwy obywatel powinien sprężyć się, wyprężyć, zająć przydzielone mu w nakazie pracy, stosowne stanowisko, a następnie wyrobić dwieście procent normy w najbliższym, a może i w kolejnym planie pięcioletnim. Tyle, że nie wszyscy wiedzieli, od czego by tu zacząć. A najtrudniej było podnieść tyłek z krzesła i założyć buty. Później było już z górki. C.d.n. (może)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz