środa, 29 grudnia 2021

DUCHÓWKA

Czy wiesz, drogi czytelniku, co to była duchówka? Nie, Boże broń, żaden dom duchów, ani miejsce nawiedzone. W tamtych czasach zwyczajne, staromodne duchy, z Duchem Świętym na czele, od dawna były na cenzurowanym. A że żadne siedlisko nigdy zbyt długo nie pozostaje puste, wkrótce przybyły na ich miejsce duchy zdecydowanie bardziej postępowe. W zgrzebnej stajence, pod kremlowską gwiazdą, rozgościł się duch materializmu. Pastuszkowie przybyli, nisko się pokłonili, kable rozciągnęli. I duch popłynął po stalowych drutach kołchoźników, w wymoszczone kaczym puchem kolebki narodów wyzwolonych. Tam przewijany, obficie karmiony propagandą i wielokrotnie przebierany, rósł w siłę i się podnosił na grubych, krótkich nóżkach, jako duch klasy robotniczej, duch socjalizmu, duch partii i narodu. I pewnie kilka innych odmian ducha, lecz my powróćmy do mojej duchówki, zainstalowanej w węglowej kuchni Matki. Pamiętacie wyroby czekoladopodobne? Duchówka była wyrobem piecopodobnym. Prawdziwy piec do pieczenia chleba był w tamtych czasach tworem archaicznym, a nawet niebezpiecznym - raz kiedyś, pewna sanacyjna znachorka, na trzy zdrowaśki wsadziła do środka Rozalkę. Tego typu przeżytek widywałam niekiedy w sieni ciotki Jóźki. Ciotka Jóźka mięsiła w dzieży ciemne ciasto, zdobiła znakiem krzyża i czekała, aż wyrośnie. Potem ładnie pachniało z tego pieca, prawie tak smakowicie jak z piekarni w geesie. Zapach się przeciskał przez szpary w drzwiach, przez opłotki, wnikał w cudze obejścia, do sieni, na strychy. Zagarniał całą wieś. Ciotka Jóźka tak jakby się wstydziła tego zapachu. Bo bądźmy szczerzy - to był obciach, żeby w czasach postępu, pokątnie, po komorach, samemu piec chleb. Pieczywo z geesu było bardzo dobre!  A te bułki parki! Takie duże, ciężkie, lekko szare w środku, mniam! Czasami, jak piekarze się popili, to im się zdarzało zapomnieć o soli. Ale do czasu dzban wodę nosi, do czasu! Raz kiedyś wieś się zbuntowała, kowal pojechał do biura partyjnego i tak wszystko załatwił, że trzeba im było upiec chleb od nowa. I piekarze upiekli! A niesłone bochenki ludzie mogli sobie wziąć za darmo, dla kur. W spółdzielni u Stasi, w ciasnym pomieszczeniu, od rana się kisiła gromada klientów, co i raz ktoś niecierpliwie wychodził na drogę, żeby sprawdzić, czy już wiozą ten chleb, czy nie wiozą. Matka od rana się kisiła w szkole. Przez okno pierwszego piętra wyglądała przyjazdu geesowskiego Żuka. Jeżeli przerwa była blisko - sama leciała i kupowała wszystko, co jej było potrzeba; jeżeli lekcja dopiero się zaczęła - wyciągała mnie z ławki i wciskała mi do ręki odliczone drobne. Jakże ja tego nie cierpiałam! Bo chleba mogło zabraknąć. A dla mnie niezmiennie brakowało bułek. Kobiety się przepychały w kolejce - tym zawsze się spieszyło, nie wiadomo do czego. Chłopi lubili sobie postać, pogadać, pośmiać się w chłopskim gronie, bez towarzystwa bab i dzieci, pod ciekawskim okiem roześmianej sklepowej, jeszcze niestarej i niczego sobie. Co się odwlecze to nie uciecze - wzdychali na koniec i wracali do swoich obejść i zagród, z bochenkiem chleba i duchem postępu za pazuchą. A duchówka? Duchówka rozgrzewała się wieczorami, kiedy rodzice rozpalali ogień pod kuchnią, ale pozostawała pusta. Do soboty. C.d.n. (może)

Na zdjęciu po prawej: duch Wołodzi. Na mównicy: Lidzia.



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz