środa, 14 grudnia 2022

FB *3, ZUPA UREYA

 Mam za sobą 36 odcinków Sodomy. Na pierwszym kanale słuchałam - gotowanie i sprzątanie toczyło się w tle. Upierdzieliłam całą kuchnię tym swoim barszczem czerwonym i pierogami. Wyszły pyszne, większość zamroziłam, będzie na poczęstunek dla świątecznych gości. W pewnym momencie rozładował mi się karcher i pomyślałam sobie: starczy tego człapania, starczy tego audiobooka. Zmieniają się nazwiska, miejsca i okoliczności, a zawsze i wszędzie chodzi o to samo. Co mnie może obchodzić ten ich  seks, władza i pieniądze. Do wszystkich tych trzech ponad-czasoprzestrzennych skarbów miałam i mam w życiu dostęp mocno ograniczony. I to ja sama jestem animatorką tych ograniczeń. Hehe, widzisz, co napisałam w pierwszym zrywie? JA!. Jakbym znajdowała się poza tym garem, w którym się gotuję, niczym tracący jędrność ogonek selera. Spory ten gar i gorący, może jeszcze kiedyś się w nim rozejrzę.

No to sofa i pachnące farbą "Lata" Annie Ernaux. Noblowskich "Bliskich" zostawiłam sobie na po-świętach. Lubię wypominki z młodości, jestem ciekawa, jak to robią uznani profesjonaliści. Doszłam do 129.strony. Czytam i myślę sobie: kurcze, co jest grane, o jakim świecie ta laska pisze? Co to za warzywa? Dlaczego nic o nich nie wiem? Sprawdzam w wiki: No tak, pisarkę wrzucono do gara kilkanaście lat przede mną, a ten jej gulasz, to istna zupa ureya! I widzę jak na dłoni, że kotłów jest wiele, a połączenia między nimi wąskie i często zapchane burakami. Moja zupa wydaje mi się chłodniejsza, bardziej rozwodniona, procesy tu zachodzące siłą rzeczy przebiegają wolniej, ale i w moim garze musi się na koniec pojawić jakieś życie.

A propos życia. Autorka zaznaje skutków wielu rewolucji, niektórych doświadcza pośrednio, inne dotykają ją do żywego. Bolesna wydaje mi się rewolucja seksualna, w której dozwolona jest swoboda zachowań seksualnych, zaś antykoncepcja i aborcja pozostają nielegalne. Te prywatne kuchnie, gdzie spędzało się płody, te odwrócone pompki od rowerów... brrrr. Przepiszę na koniec cytat ze str. 105.: "Kobiety zastanawiały się nad swoim życiem i zaczynały dostrzegać, że nie biorą prawdziwego udziału w wyzwoleniu seksualnym, w wolności twórczej, we wszystkim, co istnieje dla mężczyzn."

Taki miałam wczoraj widok z okna kuchni:



wtorek, 13 grudnia 2022

FB *2. WIEPRZ

Oglądam w Internecie nasiona karczocha. Nigdy nie jadłam karczochów i nie wiem, czy jest sens uprawiać to cudo. Mogłabym podskoczyć te marne 16 km do Lidla, albo - jeszcze lepiej - do przyjaciółki z prośbą, żeby otworzyła słoik i dała mi spróbować jednego. Albowiem, jak napisała Ka Klakla w swojej wspaniałej Łotrzycy: "Po co kłopotać się całym wieprzem, jeśli ma się ochotę tylko na kiełbasę." (Cytowane z pamięci, może z jakimś śladem własnym, sorry).

Przytoczony cytat nie jest reprezentatywny dla całej książki. To tylko jeden z rzadkich punktów opowieści, w którym otwiera się furtka w murze i mogę podejść bliżej, niejako dotknąć bohaterki, która nieustannie się wymyka, trzyma dystans. Odnoszę jednak wrażenie, że wbrew deklaracjom, Ketri Łotrzyca nie rozstaje się z ciężarem - dźwiganym na barkach dorodnym wieprzem. Daje radę, nie wymięka. Balast jej nie krzywi, nie wypacza. Wręcz przeciwnie - to tylko wzmacnia kręgosłup. Jakkolwiek bywa zmęczona. I to zmęczenie nie jest mi obce.

Ja o tej porze jestem jeszcze świeża jak skowronek. Zaraz zmienię kanał, przełączę się na swój program pierwszy (nie mylić z TVP!!!!), w którym zakładam kalosze i brnę przez śnieg w kierunku ustronnej części ogrodu, gdzie rośnie mrozoodporny jarmuż. Zrobię kilka pierogów z jarmużem i serem na ostro. Naszło mnie na pierogi z barszczem czerwonym. Włączę głośnik i kręcąc się po kuchni, niejako równolegle pokręcę się po "Sodomie". Wieprza nadgryzę na obiad. 



FANABERKA BLOGUJE *1. OBJAWIENIA

Jakoś tak się składa, że ludziom kręcą się po głowach wspomnienia z dawnych blogowisk, które padły, lub schną po przeniesieniu w jakieś nowe i obce siedliska w sieci. W najnowszym wpisie zatytułowanym:"Chyba zdychamy", Andy mnie namaszcza tytułem słynnej poetessy Fanaberki. A dziękuję bardzo słynnemu interpretatorowi socyologii naszej codziennej, obecnie posiadaczowi wyschniętego kałamarza. Dowiedziałam się, że Dudi ma kanał na youtube, gdzie zamieszcza filmiki z tras. Obejrzałam kółko 21. i przyznaję, że to nawet ciekawie się zapowiada, zwłaszcza wizualnie. Europa z perspektywy kierowcy ciężarówki. Krajobrazy są piękne, raczej nie doświadczę ich na żywo. Jestem tak przyklejona do miejsca zsyłki, że nie chce mi się nawet o tym gadać. Nie wykluczone, że w wolnej chwili obejrzę któryś z wcześniejszych filmów, albo nawet wszystkie.
Nasmaruję kilka zdań i wrócę do lektury, a właściwie do audiobooka. Jestem w połowie 14. odcinka Sodomy. Sporo dobrego słyszałam o tej książce, ciekawiła mnie, ale przypuszczałam, że mnie odrzuci, a wiadomo jak to jest: jak zacznę czytać, to będę się męczyć do ostatniej strony. Z audiobookiem jest inaczej - włączam, a na drugim kanale skrobię swoje przysłowiowe marchewki. Życie dostojników Kościoła od lat opisuje na swoim facebookowym blogu Andrzej Gerlach, więc się nie spodziewam, że dostąpię wtajemniczenia w żywoty świętych. Nawet nie próbuję zapamiętać wszystkich tych nazwisk i piastowanych w KK stanowisk. Dotarłam do fragmentu, prezentującego postaci watykańskich, młodych i egzotycznych męskich prostytutek. Autor pokazuje temat w interesującej perspektywie. Zobaczymy jak to się dalej potoczy. Póki co stwierdzam, że Sodoma to męska książka. Napisana przez mężczyznę o mężczyznach.
Z życia codziennego: uprałam i powiesiłam dzisiaj wszystkie firanki, umyłam okna od środka, upiekłam chleb, posiedziałam na fejsie.
Trochę mnie zniesmaczył Rafał Betlejewski. Jakkolwiek zła jestem na siebie, że to mnie zniesmacza.Właściwie to się z nim zgadzam, że wiele objawień religijnych przesyconych jest erotyzmem. No chociażby te miłosne wzloty i upadki zakochanej w Jezusie świętej Faustyny. Sorry, ale dla mnie ta jej tęsknota za fizyczną obecnością Jezusa, to zaangażowanie ciała, choćby i przez biczowanie - to żenada. Dzisiaj Betlej nabija się z objawień świętej Teresy, przeżywającej ekstazę w spotkaniu z Jezusem i Serafinem. Ta dzida, która porusza się w jej wnętrznościach, a ona jęczy od tej słodkości... Betlejewski czyta tekst objawienia głosem aktora porno. Osobiście bym się na to nie poważyła. Przez wzgląd na uczucia religijne jakichś hipotetycznych, przeżywających swoją wiarę  ludzi. Widzę tutaj w sobie pewne rozdwojenie: z jednej strony bolesne dotknięcie moich granic, a z drugiej rodzaj wstydliwej satysfakcji. Wstydliwej - bo nie chcę w swoim życiu agresji. Śledzę na fejsie poczynania Betlejewskiego, zobaczę jak to dalej się potoczy.
Tymczasem koty wróciły z wieczornego spaceru. Teraz pójdą spać, a koło drugiej - trzeciej w nocy zaczną smęcić.

 

 

niedziela, 27 listopada 2022

TAKIE KWIATKI

 Ruiny huty należą do mnie. Kiedy tylko chcę, mogę tu przyjść z blaszaną łyżką, z dziecięcym szpadelkiem, albo z wyciągniętą z pola motyką i grzebać do woli w zwałach piasku przemieszanych z odpryskami szła. Jerek i Stasiek kiedyś złamali tu gerlacha, dostali w dupę i od tej pory grzebią patykami. 

Zazdrościmy naszym matkom, która przychodziły tutaj jeszcze "za niemca". W ich opowieściach nadal się zapalają iskierki niebieskich kwiatków, zatopionych w cieniutkich ściankach szklanek, kieliszków, salaterek. My - dzieci gomułkowskiej odwilży - z rozdrapanych kopców ziemi wyciągamy nędzne pozostałości dawnych skarbów: strącone uszka filiżanek, obite denka, pęknięte nóżki, bezkształtne bryły surowego szkła.

Pewnego dnia Jerek wypowiada życzenie i wykopuje ze zwałowiska nie uszkodzoną buteleczkę. Myje ją w strudze, poleruje, pieczołowicie wyciera. Kiedyś ją zgubi, a ja ją znajdę w zielsku na rowie, w miejscu, gdzie grywamy ze Staśkiem w pikuty. Teraz odchodzi, a ja powoli tracę wiarę i - o dziwo - właśnie wtedy znajduję swój skarb: pięć niebieskich płatków i dwa zielone listki, zatopione w cienkim szkle. Mienią się w palcach, kiedy je oglądam w przykurzonym świetle, od którego bolą oczy. 

Nie wiem, czy ktoś poza mną coś zauważa, bo wieś pulsuje swoim rytmem, nikt nie patrzy w moją stronę, o nic nie pyta, nie zatrzymuje się na poboczu. Nie szkodzi. Siadam nad strugą, ślinię szklany kwiatek i przyklejam do dłoni. Będę go ślinić i wgniatać w rękę, aż mi wrośnie w skórę, wniknie w ciało, podsiąknie krwią, stanie się częścią mnie. Czekam. 

Niewiele widać przez ten kurz, tylko struga połyskuje jak woda w korycie. Jest błoto, czarna kura, która fruwa nad płotem, nasza Łajka, pęto zgubione przez krowę. I tylko niebieskiego kwiatka nie ma na mojej dłoni. Przeczesuję trawę, podnoszę z dna kamyk po kamyku, ale mój skarb nie daje się odnaleźć. 

I tak się zgubił kawałek dziewczynki.

 


niedziela, 20 listopada 2022

SUCHA GAŁĄŹ

Wiem, że tak musi być. Wiem też, że to wszystko minie - brzuch przestanie boleć, kiedy tylko uda mi się wygrzebać spod pierzyny, zsunąć nogi na podłogę, wybiec do ogródka i wysikać się w bzach. Trzeba tylko wytrzymać minutę, może pięć, może nawet pół godziny, aż milicja skończy swoją pracę  i czarna Wołga zniknie z podwórza. Dorośli nareszcie wrócą do domu, napalą w kuchni, czajnik z wodą nasuną na fajerkę, przy herbacie i chlebie ze smalcem raz jeszcze opowiedzą sobie tę okropną Śmierć.

 Rysio nie żyje. Wybiegł z domu, kiedy wszyscy zajęci byli przy młockarni, pogonił konie i wkręcił się w kierat. Ciotka Teresa próbowała ratować syna i maszyna zmiażdżyła jej prawą rękę. Karetka już jest, zaraz zabierze ciotkę do szpitala. Nikt nie przypuszcza, że to jeszcze nie koniec, że na nic się zdadzą szpitale i chirurdzy, operacje, gipsy i przeszczepy. Odłamek śmierci uczepił się jej rany i już nie odpuści: Ręka nigdy się nie zrośnie, skurczy się tylko i ściemnieje, bezsilna i bezużyteczna, uciążliwa niczym sucha gałąź.

Znam Śmierć z okrutnych opowieści. Czuję się oszukana: przecież miała gdzieś zniknąć, przepaść razem z wojną, czarną ospą i krwawą dyzenterią.Teraz już wiem, że ona wciąż tu jest, że krąży blisko. Wyobrażam sobie, jak sunie nad podłogą, omiata stół, kredens, powoli płynie między krzesłami. Potrafię sobie wyobrazić, że spuszczam nogi z łóżka, a ona podąża za mną krok w krok, może nawet otwiera drzwi, po rodzicielsku chwyta mnie pod pachami i przenosi przez próg.

Jakieś ciało podobne trochę do Rysia, a trochę do dużej, zwichrowanej lalki, leży w wysprzątanej izbie, w białej trumience, ubrane w ciemny garnitur. Kłębek waty wypełnia oczodół. Ciotka Teresa jęczy cicho. Chce umrzeć, jednak Śmierć już poszła sobie, zatrzaskując jej drzwi przed nosem. Kobiety się modlą, śpiewają, słońce zagląda przez czystą szybę w oknie. Nie ma się czego bać. 

A jednak zamykam oczy.

 


 

piątek, 11 listopada 2022

POMNIK WOLNOŚCI

"Kmiecy synowie [...] mogli liczyć na szybką śmierć. Z pewnością nie na pamięć"- Ka Klakla, "Czerwony las"

 

Ze wszystkich mężczyzn w mojej rodzinie tylko  Dziadek Czesiek był na wojnie. Wojował krótko, zaledwie kilka dni. Wrócił do chałupy przygięty monstrualnym ciężarem przeżyć, w zasranych kalesonach, bez bagnetu. Bagnet został na placu boju, w brzuchu nieznanego chłopca, zapewne również kmiotka, żołnierzyka obcej armii. Uparte milczenie Dziadka o wojnie miało zapewne działać trochę  jak wybielacz, a trochę jak czas, w którym w końcu rozpuści się to wszystko.

Dziadka Cześka nie ma na czarno-białym zdjęciu, pośród dzielnych panów w eleganckich pelisach, prężących się pod świeżo odsłoniętym Pomnikiem Wolności w Hucie Gruszczyno. W drugim rzędzie stoi jego przyszły teść - mój pradziadek Jan, również kmiot z kmiotów, ale pomazaniec Boży, który uniknął wojny. Dzięki szczęściu, ambicji i pracowitości udało mu się zdobyć pokaźny majątek oraz rękę miejscowej szlachcianki, mojej prababci Zofii.

Kamienny pomnik, otoczony betonowym murkiem, był dla nas, miejscowych, atrakcyjnym miejscem wszelkich harców i swawoli. Byliśmy wolni. Bonanza z Grudkoszczakami rozpili w jego cieniu niejedno wino patykiem pisane. Jerek i Stasiek włazili na sam szczyt i tłukli bosymi piętami o napis "Wolność". Po dziesiątkach prób, siniaków i otarć na skórze udało mi się wspiąć na kamienną tablicę, poświęconą pamięci poległych za Ojczyznę.

Pomnik Wolności - mówiliśmy. Wolności? Tylko tyle? Proboszcz Patiopa, nieposkromiony malarz postaci wszystkich świętych, architekt krajobrazu i niewątpliwy spadkobierca kultu jednostki, postanowił zrobić porządek z tą podejrzaną anonimowością. Na szczycie budowli zawisła rzeźba z wąsatą twarzą wodza, nazwisko "Piłsudski" uświetniło tablicę.

Grób Dziadka zarasta trawą. Kilka razy w roku jeździmy tam z nożem. Jest długi i ostry jak bagnet. Czasami wycieramy kurz, który w końcu i tak przykryje to wszystko.







wtorek, 8 listopada 2022

Z CYKLU: Z MIGAWKI FOTOGRAFKI

 Oburzył się Krasnal spod Turzyc:
- Już od tysiąca lat jestem duży.
Na odwłok szczypawki!
Nie boję się migawki.
Lecz na zdjęciu go nie ma. Czyżby stchórzył?