Pan
Czesio dygotał - był w najwyższym stopniu spragniony. Od rana szukał w świecie bytu,
który byłby zdolny to pragnienie zaspokoić, lecz porzucony kosz
bez złotówki nie mógł tego uczynić. Pod supermarketem ustawiła się kolejka
dobrych ludzi, ale kosze z monetami były nieżyczliwe, złośliwe, okazywały
nienawiść i pogardę. Przechodziły pospiesznie z rąk czystych do rąk tłustych,
drwiąc z jego uszkodzonych, bezpalcych.
Jednak dobry
Bóg zaspokaja najgłębsze pragnienia. Jeżeli nawet nie było tu dla Niego miejsca, w
godzinie szczytu, pod zatłoczoną wiatą - przysłał swoją chudą asystentkę:
Miłość. I oto chłopak, siedzący na schodku, porzucił ledwie
napoczętą butelkę piwa i pobiegł w stronę dziewczyny przechodzącej przez
parking.
Czesio
był tym, który doświadczył cudu. Ukląkł, wziął butelkę w bezpalce ramiona
i nabożnie podniósł do ust. Zdążył wypić łyk lub dwa. Wtedy ktoś się potknął, popchnął i butelka upadła. Płyn wsiąkł w wycieraczkę i było po cudzie, ale pan
Czesio nie wstawał z kolan i nie odwracał oczu od plamy. - Tyle
dobroci - powtarzał. Tyle dobroci.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz