wtorek, 30 stycznia 2018

Ballada o drogach

Czytałam dzisiaj wiersz o mądrych ścieżkach, pisanych przez wieki, jasnych i pewnych. Ma szczęście wędrowiec, mogący im zawierzyć. Od kiedy poczuje je pod stopami, stąpa ufnie, lekko. Zaczyna zauważać, że kiedy tak sunie wprawnie, pod błękitnym niebem, sam staje się piórem, maczanym w niebieskim atramencie.
Tutaj drogi są jak cierniste labirynty, pogrążone w majakach, zdeformowane od sprzecznych kodeksów, drogowskazów. Wciąż suną nad nimi powietrzne prądy, niosące prochy znad krematoriów. Rozdeptują je czarne ludy, rozjeżdżają czarne wołgi. Zły mróz rozsypuje tu tysiące lusterek z tysiącami lat nieszczęść pod kruchą powierzchnią. Baby z pustymi wiadrami i koty w czarnej sierści, roznoszą nieskończoną ilość pechów. Pędzisz tędy jak wystrzelony, na oślep, jak piłka do palanta. Możesz tylko, wzorem jeży, zakryć miękkie podbrzusze i liczyć na to, że w końcu trafisz do właściwego dołka.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz